Fragment powieści
„Strach o wielu oczach” Katarzyny Okelo

Część 1 – Bitwa nad Bezdennym Jeziorem

Rozdział 1

– Panienka uważa!

Piskliwe ostrzeżenie dotarło do niej w samą porę. Cora Savianne zdążyła odskoczyć, więc strzęp czerwonawej flegmy zamiast na jej nogę trafił w osamotnioną kępkę zieleni. Zasyczało, po czym trawa zaczęła dymić, ale w mig dopadł do niej mężczyzna w metalizowanym kombinezonie. Nadepnął na fajczące się miejsce raz, drugi, trzeci. W końcu zdusił zarzewie ognia i odstąpił.

– Wszystko w porządku? – zapytał zupełnie niepasującym do solidnej postury falsetem, dodatkowo wygłuszonym przez zmętniałe szkło maski ochronnej. – Nie nawdychała się panienka tego smrodu?

– Nie, nie. Nic do mnie nie dotarło – wymamrotała Cora. – Dziękuję. Szczególnie za ostrzeżenie.

– Nie ma za co. Ale lepiej niech się panienka jeszcze odsunie. Smoki bywają złośliwe, a ten to chyba wyjątkowo panienki nie lubi.

Posłuchała rady. I dobrze, bo kolejny pocisk z flegmy już leciał w jej stronę. Tym razem dotarł dalej, opryskując żwir dobre cztery kroki od nieszczęsnej kępki. Cora spojrzała na przykucniętego za ogrodzeniem gada, który wyprostowany musiał być wielkości wiejskiego spichlerza, i podrapała się po głowie. Przysięgłaby, że smoczysko pokazało jej jęzor. Poza tym gapiło się dziwnie, czujnie, jakby przymierzało się do trzeciego splunięcia i oceniało odległość.

– Lepiej już pójdę – powiedziała.

– Potowarzyszę – zaoferował mężczyzna. – Panienka idzie po drugiej stronie, tak żebym w razie czego zasłonił. Chodzenie bez kombinezonu tak blisko ogrodzenia to proszenie się o nieszczęście. Co panienka tu w ogóle robi?

Czuła wrogi wzrok na karku, gdy szli ścieżką, oddalając się poza pole rażenia złośliwego smoczydła. Niewiele to jednak pomogło – jego ziomek z kolejnego wybiegu wypluł swoją porcję flegmy, kiedy tylko pojawili się w zasięgu wzroku.

– Szukam kwatermistrza, pułkownika Villarda. A tak właściwie to żadna ze mnie panienka. Możesz do mnie mówić Cora.

– Miło mi, jestem Bruno – przedstawił się. Ujęła podaną dłoń o mocnym uścisku. – Proszę popatrzyć, jakie mamy okazy.

Ostrożnie wychyliła się zza ramienia przewodnika i spojrzała, lecz bez entuzjazmu. Smoki, choć imponowały rozmiarem i wzbudzały postrach wśród maluczkich, okazały się raczej bezużyteczne na polach bitwy – ledwo mogły się wznieść w powietrze na słabiutkich, na wpół skarlałych skrzydłach i często nie potrafiły (albo może nie chciały) rozpoznawać, kto brat, a kto wróg. W ferworze walki opluwały śliną każdą osobę nieutrzymującą bezpiecznego dystansu. Dlaczego więc nadal angażowano je w działania wojenne? Tego Cora nie potrafiła zrozumieć.

– Tutaj mamy smoka andalazyjskiego – kontynuował przewodnik. – Wyjątkowy okaz, najpewniej największy samiec tego gatunku.

Gad był niezwykły, temu nie mogła zaprzeczyć. Zamiast splunąć w ich kierunku, jak na smoczydło przystało, pokazał zad, po czym wystrzelił zeń zbitą, czarną kulkę. Miał cela – przeleciała obok Brunona i trafiła prosto w brzuch Cory.

– Zaraza!

– To wyraz sympatii – wymamrotał Bruno, ale skutecznie uciszony jej groźnym spojrzeniem nie ciągnął tego wątku.

Savianne odetchnęła z ulgą, gdy zostawili za plecami ostatni wybieg. Przeszli jeszcze kilkadziesiąt kroków, by wreszcie przystanąć przy pełniącym funkcję magazynu obszernym namiocie, do którego kilku tragarzy wnosiło właśnie masywny silnik wirnikowy. Stękali przy tym z wysiłku i uginali nieco za mocno kolana, co wyraźnie nie podobało się obserwującemu ich pracę posiwiałemu pułkownikowi.

Cora nigdy wcześniej nie spotkała Teodora Villarda, ale nie miała wątpliwości, że dobrze trafiła. Stał tu jakby żywcem wyciągnięty z opowieści Oliviera. Taki sam co do szczegółu: z wypielęgnowaną kozią bródką i zapiętym na ostatni guzik, szaroniebieskim mundurem, barwą przypominającym gołębie upierzenie.

Gdy Bruno stanął na baczność i podniósł ramię do salutu, jego kombinezon zatrzeszczał. Stał tak dobrą chwilę, nim wreszcie kwatermistrz odwrócił głowę i zaszczycił go swoją uwagą.

– Hmm?

– Panie pułkowniku, panienka Cora szukała pana…

Spojrzenie szarych oczu Villarda powoli przeniosło na nią.

– Kapralka Cora Savianne – przedstawiła się po przepisowym salucie. – Tymczasowy dowódca II Drużyny Pomocniczej „Nenurin”. Proszę o rozmowę.

Przez moment wyglądało na to, że ją odprawi, najpewniej z jakimś bluźnierstwem na pożegnanie, ale tak się nie stało.

– Za mną – rozkazał.

Uśmiechnęła się do Brunona, po czym zostawiła go w tyle, podążając za kwatermistrzem do oddalonego o kilkaset kroków skupiska namiotów mieszkalnych. Przy wejściu do największego z nich siedział może piętnastoletni smarkacz w mundurze podporucznika. Na widok nadchodzących poderwał się gwałtownie, zgniótł tytoniowy skręt w dłoni i wepchnął go do kieszeni. Jeżeli próbował go w ten sposób zgasić, to nie wyszło. Oczy młokosa się zaszkliły, może z bólu, a może z przerażenia, gdy wzrok Villarda zatrzymał się na dymiącej kieszeni.

– Za co mnie tak pokarało? – zapytał Teodor najwyraźniej retorycznie, gdyż nie czekając na odpowiedź, przeszedł obok chłystka i zniknął we wnętrzu namiotu.

Cora zrobiła to samo, ignorując dobiegające zza pleców skomlenie. Nie uszła daleko. Zaledwie o krok od wejścia usadziło ją w miejscu warknięcie pułkownika:

– Zostań, gdzie jesteś.

I tak nie odważyłaby się wejść zakurzonymi buciorami na dywan z białego futra. Mężczyzna nie miał podobnych oporów. Przeszedł pewnym krokiem do skórzanego fotela. Zanim do niego dotarł, Cora omiotła spojrzeniem resztę mebli – biurko, łoże z parawanem i kilka porządnych drewnianych skrzyń. Musiało to być raczej skromne umeblowanie dla arystokraty, ale w porównaniu z kwaterami żołnierzy to miejsce opływało w luksusy. Villard szybko się niecierpliwił – jeszcze dobrze nie usiadł, a już marszczył czoło i popędzał petentkę spojrzeniem.

– Panie pułkowniku, jako tymczasowy dowódca II Drużyny Pomocniczej „Nenurin”…

– Bombiarzy? – przerwał jej.

– Nie, łączników, panie pułkowniku. Chodzi o ostatni przydział. Otrzymaliśmy mniej niż połowę zwykłych racji żywnościowych zarówno dla jeźdźców, jak i wywern, nie wspominając już nawet o medykamentach, których nie dostaliśmy wcale.

Villard patrzył na nią obojętnie albo pogardliwie, nie potrafiła ocenić.

– Próbowałam wyjaśnić to przy rozładunku – usprawiedliwiła się. – A później u dowództwa plutonu i wreszcie oddziału, gdzie powiedziano mi, że do pomyłki nie doszło i okrojenie zapasów wynika z pańskiego bezpośredniego rozkazu. Przyszłam prosić o jego cofnięcie. Panie pułkowniku, nasza formacja nie jest w stanie przetrwać na ułamku tego, co otrzymywaliśmy do tej pory. Właściwie to nawet potrzebujemy więcej niż doty…

Uniósł dłoń, przerywając jej monolog, po czym sięgnął po oprawiony w czarną skórę kajet. Wertował go przez chwilę, aż w końcu zatrzymał się na jednej z ostatnich stroniczek.

– Dostaliście dodatkowe trzy skrzynie bomb mitirowych – oznajmił.

Prawda, ale akurat tego im było trzeba jak pannie na wydaniu liszai na twarzy. W trakcie bitwy ona i jej podkomendni mieli przemykać niczym wicher z jednego miejsca na drugie, przenosząc wieści i rozkazy między oddziałami. Byłoby to trudne z ładunkiem wprawdzie śmiertelnym dla wrogów, ale o wadze dobrze odżywionego niedźwiadka. Granaty mitirowe to inna bajka, ale tych akurat dostali całe trzy sztuki na dziewięcioosobowy oddział. Wyjaśniła to kwatermistrzowi, ale wydawał się zbyt znudzony rozmową, by choćby rozważyć jej argumenty. Sprawa najwyraźniej należała do beznadziejnych. Cora zagryzła wargi, przestąpiła z nogi na nogę i nerwowo splotła dłonie za plecami.

A niech tam – pomyślała.

– Zgodnie z doktryną wojny naszego… – zaczęła słabo. Przerwała, odchrząknęła i dalej pociągnęła już pewniejszym głosem: – …naszego władcy łączność na polu rozgrywającej się bitwy to rzecz kluczowa, której nie wolno ignorować. Przeciwnie, musi być wspierana przez każdego, komu miłe jest zwycięstwo wspaniałej Vretanii. Cytując: kto tych, co rozkazy z narażeniem życia przenoszą, wystawi na zgubę lub pomocy im odmówi, winien odpowiadać przed sądem woje…

Villard podniósł ponownie rękę, a ona zamilkła w pół słowa, jakby odjęto jej głos jakimś zaklęciem. Poczuła pęczniejącą z każdą sekundą gulę w gardle.

– Inspekcję wyślę – rzucił i wskazał gniewnie na wyjście.

Straż wyślę – przetłumaczyła w myślach Savianne.

Mimo kolejnego ponaglającego machnięcia nie ruszyła się z miejsca, obserwując ze zgrozą i fascynacją coraz bardziej czerwone policzki mężczyzny.

Olivier!

Myśl ta przyszła niespodziewanie, ale szybko rozgościła się w jej głowie. Jasne, Olivier. Przecież szedł „po prośbie” do tego człowieka przy każdej potrzebie, bez poszanowania jakiejkolwiek hierarchii. Nigdy jednak nie wrócił z pustymi rękami. Tak, pod jego komendą drużynie niczego nie brakowało.

Cora wyszczerzyła zęby.

– Nie wiem, czy sierżant Manza by się zgodził na takie rozwiązanie, ale skoro to nasze początki, to niech będzie – oznajmiła pogodnie.

Zasalutowała i ruszyła do wyjścia, nie odwracając się za siebie. Nie musiała. Syk, który wyrwał się z ust pułkownika, zdradził więcej, niż mogła wyczytać z jego oblicza.

Nie zauważyła małoletniego amatora tytoniu przy namiocie, za to czekał na nią Bruno, dalej w ochronnym odzieniu, ale maskę trzymał teraz w dłoni. Twarz miał pociągłą, zwieńczoną wydatnym podbródkiem – mimo to przystojną.

– I jak? – zapytał. – Udało się panience rozmówić z panem pułkownikiem?

– Mam nadzieję. Odprowadzisz mnie?

Droga powrotna okazała się bezpieczniejsza – akurat wypadła pora karmienia i przy ogrodzeniach kręciły się postacie w metalizowanych kombinezonach, rozpraszające bestie rzucanymi ochłapami mięsa. Zaledwie jeden smok zwrócił uwagę na ich dwójkę. Cora znała się na anatomii tych stworów wystarczająco, by po smukłym pysku poznać, że to właściwie samica. Pokrywała ją bordowa łuska, która wokół nozdrzy i oczu przybierała wpadającą w fiolet barwę. Gadzina przyciągnęła do odgrodzenia swój obiad, jakby chcąc się pochwalić. Miała czym – kawał padliny był wielki jak tułów dorosłego chłopa. Oczy Savianne zalała wściekła czerwień, gdy przypomniała sobie żylasty kotlecik, mniejszy od dłoni, którym musiała się najeść jej ukochana wywerna. Smoczyca oderwała długi strzęp, pochłonęła go, nawet nie przeżuwając i wydała z siebie dźwięk, mający chyba obwieścić wielkie zadowolenie.

Kapralka przykucnęła. Wygrzebała z pokrywającego ścieżkę żwirku płaski kamyk z ostrą krawędzią i niewiele myśląc, wycelowała. Trafiła idealnie między oczy bestii, więc zaśmiała się i już zamierzała pokazać kreaturze wymownie obraźliwy gest, gdy poczuła uderzenie w bok. Grunt osunął się jej spod nóg, a ciężar Brunona przygniótł ją do gleby.

– Co, do zmory? – jęknęła. Zaparła się dłońmi o szerokie ramiona mężczyzny i spróbowała go z siebie zepchnąć.

Nie udało się. I całe szczęście, gdyż powietrze wpierw przeszył rozrywający bębenki w uszach ryk, za którym w mig podążyła fala żywego ognia. Cora krzyknęła i skuliła się, przyklejając twarz do metalu na piersi Brunona. Smoczyca zionęła ogniem jeszcze trzykrotnie, z czego przy ostatnim płomieniu zaczęło jej już brakować sił lub zapału, wszak więcej tam było dymu niż żaru. Mimo to nie ruszyli nawet palcem, dopóki nie oddaliła się od ogrodzenia.

Bruno przewalił się na bok i przez chwilę walczył, by się podnieść, najpierw na kolana, potem na nogi. Kapralka zerwała się żwawiej. Zaklęła, pocierając łokieć, w który wbił się kamyk, niby niepozorny, ale ostry niczym kawałek szkła.

– Nie wiedziałam, że one tak mogą – sapnęła.

– Zazwyczaj nie, ale to przedstawicielka smoków witurańskich – wyjaśnił Bruno. Nieco niewyraźnie, bo właśnie się schylał po leżącą w trawie maskę, która musiała mu wypaść z ręki, gdy rzucił się, by osłonić Corę. – Mogła panienka jej nie drażnić.

Nie dało się odmówić temu zarzutowi racji, ale protekcjonalny ton zadziałał Savianne na nerwy.

– Mówiłam, że nazywam się Cora – powiedziała i syknęła, gdy wydłubała w końcu irytującą bryłkę. – Nie jestem żadną panienką. Jestem kapralką Wielkiej Armii Vretanii.

Ruszyła truchtem, nie czekając na odpowiedź. Bruno próbował nadążyć, ale ciężar kombinezonu spowalniał ruchy i nie minęło dużo czasu, a został w tyle. Przyśpieszyła jeszcze bardziej i ostatni wybieg minęła biegiem, ledwo migając przed gałami rezydującej w nim bestii.

Rozdział 2

Powrót do drużyny zajął jej dobrą godzinę przedzierania się między namiotami i gdy w końcu zobaczyła chorągiew swojej formacji – przedstawiającą nenurińską lilię na srebrnym tle – było już dawno po porze karmienia. Nie zdziwiło jej, że wybieg zionie pustką. Po posiłku jeźdźcy zawsze podrywali wywerny w powietrze i jeszcze do niedawna mieli w zwyczaju wykonywać po trzy, cztery okrążenia wokół całego obozu. Nie wiedziała, co to komu przeszkadzało, ale dostali rozkaz zaprzestania wycieczek poza granice wyznaczonego im na terenie obozu obszaru pod groźbą oskarżenia o próbę dezercji.

Oparła się o ogrodzenie i zadarła głowę. Nad piaszczystym wybiegiem krążyło dziewięć wspaniałych stworzeń, pikujących, wykonujących piruety i zwody bez wchodzenia sobie w paradę przy którymkolwiek z tych manewrów. Wywerny potrafiły współpracować – w przeciwieństwie do smoczydeł, które przy pierwszej okazji rzucały się pobratymcom do gardła.

Jeden z jeźdźców zauważył, że wróciła, i chyba chciał się od razu rozmówić, gdyż sprowadził swoją wywernę na ziemię. Uwolniwszy jej grzbiet spod ciężaru wojskowej kulbaki, ruszył w kierunku ogrodzenia. Po drodze wyciągnął zza pazuchy manierkę i upił kilka haustów, przechylając ją tak mocno, że aż strużka napoju spłynęła mu po gęstej brodzie, a potem na materiał mundurowej koszuli. Gdy podszedł bliżej, nozdrza Cory podrażniła woń mocnego alkoholu.

– Hej, Cora! I jak poszło z Villardem? – zapytał, przeskakując przez płot ogradzający wybieg. – Wysłuchał cię przynajmniej?

– Wysłuchać wysłuchał, ale chyba mu podpadłam. Nie zdziwię się, jeżeli wyśle po mnie jakichś drabów. Khem… znaczy się: żołnierzy żandarmerii wojskowej. Masz coś jeszcze w tej manierce? Nie pogardziłabym teraz czymś mocniejszym.

– W tej już nie, ale zaraz przyniosę drugą. Moment.

Gdy odbiegł w kierunku namiotów, Cora ponownie zadarła głowę. Przez chwilę obserwowała powietrzny pokaz w całej okazałości, później wyszukała wzrokiem swoją Strzałę, czarną wywernę z charakterystycznym wzorem ze złotych łusek na podbrzuszu, któremu gadzinka zawdzięczała miano.

Przy jednym z manewrów Strzała pokazała swój grzbiet i siedzącego na niej drobnego jeźdźca, Simona. Chłopiec był jednym z niezliczonych bękartów, które pozostawili po sobie żołnierze Wielkiej Armii Vretanii w podbitych przez Królestwo krainach. Dzieciaki takie, coraz częściej wyrzucane z lokalnych społeczności, bywały przygarniane przez oddziały vretańskiego wojska i wykorzystywane do wykonywania drobnych, ale żmudnych prac wokół obozowiska. Pomimo tej użyteczności przylgnęło do nich szydercze miano, którego użył Bernard, gdy pojawił się za jej plecami:

– Jak na rzepkę dobrze sobie radzi. – W jednym ręku trzymał pełną manierkę, w drugim dwa kubki. – Ma chłopak naturalny talent do jeździectwa. Może to nie był taki głupi pomysł, że pozwoliliśmy mu się podczepić pod nasz oddział. Za kilka lat będzie z niego niezły posłaniec.

Savianne podzielała tę opinię. Simon w krótkim czasie opanował większość manewrów, a nawet przy tych, do których poprawnego wykonania brakowało mu jeszcze doświadczenia, przynajmniej nie wypadał z siodła. Inna sprawa, że Strzała była dobrze ułożona i traktowała go z niezwykłą delikatnością.

Chlust wlewanego do naczyń alkoholu ściągnął jej uwagę z powrotem na ziemię. Przyjęła podany jej kubek. Upiła łyk z grymasem obrzydzenia na twarzy. Choć pijała ten bimber częściej niż wodę, jego smak ciągle nieprzyjemnie wykrzywiał jej gębę. Odkaszlnęła.

Simon chyba się zmęczył, a może zauważył Corę, w każdym razie zaczął zniżać lot i po chwili wylądował. Na jego dwunastoletniej twarzy zagościł szeroki uśmiech. W ciągu kilku ostatnich dni piegowaty nos zbrązowiał mu od kontaktu ze słońcem, za to ruda czupryna nabrała nieco jaśniejszego odcienia.

– Czołem, Cora! – zawołał i energicznie pomachał patykowatą ręką.

– Czołem, młody – odpowiedziała. Oddała kubek Bernardowi, po czym wdrapała się na ogrodzenie i zgrabnie przeskoczyła na drugą stronę. – Czekaj, pomogę ci się uwolnić.

Strzała przewyższała Corę dwukrotnie, ale teraz usiadła tak, by kapralka mogła sięgnąć siodła. Chwilę zajęło kobiecie uporanie się z klamrami i sznurkami, które miały zabezpieczać jeźdźca podczas lotu. Simon przechylił się i ześlizgnął po boku gadziny, kiedy puściło ostatnie zapięcie.

– Trzeba popracować nad techniką zsiadania. – Kąciki ust Savianne nieznacznie się uniosły.

Wywerna wiedziała, co robić. Dała się odprowadzić na bok, bliżej skraju wybiegu, po czym bez żadnej komendy podźwignęła się i odsłoniła pasy oraz masywne zapięcie na brzuchu. Strzała wyprostowała się niczym żołnierz w trakcie inspekcji, stanęła na tylnych łapach i rozpostarła błoniaste – połączone z przednimi kończynami – skrzydła. Pojedyncze pazury, którymi były zakończone, wyglądały na zaniedbane i niewątpliwie wymagały przycięcia.

– Młody, przynieś obcinaczki.

Wywerna się zniżyła i Savianne mogła teraz dosięgnąć do jej pazurów, ale przez stępione nożyce zdołała jedynie zarysować ich powierzchnię. W końcu zniechęcona, odrzuciła narzędzie na bok i sięgnęła do cholewy buta. Wyciągnęła nóż, który przed kilkoma laty podarował jej Olivier. Ostrze musiał dostać z wojskowego magazynu, ale przypominającą kastet rękojeść zrobiono na zamówienie. Ciężar metalu na knykciach zawsze dodawał jej otuchy, teraz jednak nietypowy uchwyt raczej przeszkadzał. Chwilę po tym, jak udało się znaleźć właściwe ułożenie dłoni, pozostali jeźdźcy zaczęli lądować i Simon odbiegł w ich kierunku.

Wywerny często mylono ze smokami, od których różniły się przede wszystkim rozmiarem – zresztą ta cecha wprowadzała różnorodność również w ramach samego gatunku. Strzała, która w pełni wyprostowana sięgnęłaby pyskiem dachu parterowego domostwa, była jednym z najmniejszych okazów vretańskiej armii. Największa wywerna – samiec pokryty zachwycającą mozaiką srebrno-zielonych łusek – dorównywała trzypiętrowej kamienicy, a i tak ledwo przekraczała połowę masy przeciętnego smoczydła. Savianne niemal podskoczyła, gdy osobnik ten wylądował pięć kroków od niej, wzbijając kurz i wprawiając glebę w drżenie. Małą burzę piaskową wywołał także jeździec, który zamiast położyć gada brzuchem na ziemi, odpiął się z siodła, zjechał po boku i odbiwszy od kości biodrowej, ostatnie kilka metrów pokonał skokiem.

– Żołnierzu! – Cora poderwała się gwałtownie. Charknęła, wyczuwszy pod językiem drobinki piasku, i splunęła, po czym rzuciła w stronę mężczyzny gniewne spojrzenie. – No niech cię zmora porwie! Jakie są procedury lądowania i opuszczania siodła?

Dorian Fresena podrapał się za uchem i wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu, chowając przy tym górną wargę w gęstym wąsie.

– Przepraszam, pani kapralko.

Prychnęła w odpowiedzi, odprawiła go machnięciem ręki i przykucnęła, by wrócić do przerwanego zajęcia. Dorian oporządził swojego wierzchowca i po uwięzieniu muskularnego karku w obroży ruszył w stronę ogrodzenia. Przechodząc obok, musnął wierzchem dłoni szyję Savianne, wywołując u niej przyjemne dreszcze. Uśmiechnął się niewinnie, gdy poderwała głowę i zgromiła go wzrokiem.

Strzała zaświstała, zapewne z ulgi, kiedy nóż wreszcie wrócił do cholewy. Nim to się stało, zaczęło zmierzchać. Reszta kompanii już dawno opuściła wybieg, ale Cora wiedziała, gdzie znaleźć podkomendnych. Ci, którzy nie pełnili akurat warty, o tej porze skupiali się zwykle wokół ogniska. Po przeskoczeniu ogrodzenia już miała ruszyć w tamtym kierunku, kiedy zimny powiew przypomniał jej o tutejszym klimacie.

Letnie dni na progu kraju znanego jako Zimodar nie różniły się od tych, które znała z rodzinnych stron. Co innego noce. Chłód, od którego kostniały dłonie i drętwiały stopy, przywodził na myśl raczej początki ciężkiej zimy we Vretanii aniżeli środek najcieplejszej pory roku. Kapralka podejrzewała, że po drugiej stronie Bezdennego Jeziora będzie jeszcze gorzej – przynajmniej właśnie to sugerowały włochate czapy, które nosili żołnierze wrażej armii, nazywani zresztą z tego powodu uszatkami lub uchatymi.

Namiot, który dzieliła z żołnierkami Danielle i Irmine, teraz stał pusty. Cora w półmroku bardziej pamiętała, niż widziała drogę do swojego posłania. Pokonawszy ją, wyciągnęła po omacku tobołek spod pryczy i wygrzebała z niego futrzaną kurtkę, ściśle przylegające do dłoni rękawiczki oraz wełniany beret.

Przez krótką chwilę, którą spędziła w namiocie, wiatr zupełnie się rozhulał. By stawić opór coraz bardziej zawziętym podmuchom, naciągnęła mocniej poły okrycia i przytrzymując je, ruszyła w stronę ogniska. Dołączyła do zbiorowiska jako ostatnia. Brakowało żołnierzy, którym akurat wypadł nocny patrol – w tym Doriana Freseny. Za to zauważyła majora Bastiena Gautiera. Przysięgłaby, że czarne oczy na jej widok rozjaśniła radość.

Dekadę temu mężczyzna w wyniku pomyłki rozpoczął swoją karierę w wojskowości nie w szkole oficerskiej, jak na panicza z dobrego domu przystało, lecz pod komendą Oliviera. Choć błąd ten zauważono i naprawiono po zaledwie kilku tygodniach, Gautier dalej pozostawał wierny drużynie. Jako rekrut dołączał do wesołego zgromadzenia ukradkiem, a jako oficer robił to już jawnie, zapewniając im nieoficjalną, acz powszechnie uznawaną protekcję oraz ochronę przed wymysłami dowództwa plutonu i kompanii. Cora była za to wdzięczna – dzięki temu jedynie pomysły sztabu generalnego oraz dowódcy batalionu przyprawiały ją o palpitacje serca i przedwczesną siwiznę. Mogła całować przyjaciela po rękach za jeszcze jedno: nieoczekiwany awans i przejęcie dowództwa po śmierci Oliviera. Nie nazwałaby tego łatwą służbą, ale biła o głowę alternatywę trafienia pod komendę nieznanego podoficera.

Savianne usiadła przy ogniu, ramieniem do boku majora, i przyjęła podany kubek. Powąchała – woń była subtelna, owocowa. Kapralka sączyła ten trunek powoli, przysłuchując się rozmowom podkomendnych. Najwięcej hałasu robił Gilles, jeden z młodszych rekrutów, który wymachiwał wojskową mapą i kwestionował założenia geograficzne zbliżającej się bitwy.

– Dlaczego znowu się pchamy przez jezioro, skoro już tyle razy nie wyszło? – pytał. – Nie lepiej dla odmiany je ominąć?

– Jak ominąć? Te góry wyglądają niepozornie tylko na papierze, w rzeczywistości sięgają prawie nieba. Smok, wywerna czy lotoszyn, nic się nie wzbije dość wysoko, by nad nimi przelecieć. – Odpowiedzi podjął się najstarszy z obecnych, wojak o imieniu Victor.

Młodzik nie dał się onieśmielić różnicą wieku i doświadczenia. Drążył dalej:

– No dobra, ale to od północy. A od południa się nie da? Tam żadnego łańcucha górskiego nie ma, same równiny.

– Jesteśmy za daleko, trzeba byłoby nadkładać drogi przez kilka miesięcy. Poza tym to już przecież ziemie Imperium Cerańskiego. Nawet jeżeli z uszatymi specjalnie tam się nie lubią, myślisz, że pozwolą obcej armii na przechadzkę po swoim terytorium?

Savianne ciekawiło, czy tym razem rekrut zaakceptuje wyjaśnienie, ale Bastien szturchnięciem odciągnął jej uwagę.

– Cora. – Zniżył głos. – Czy to prawda, że odwiedziłaś Villarda?

Skinęła głową, bo i po co miałaby zaprzeczać?

– Olivier by tak zrobił, więc ja też musiałam.

– Olivier miał swoje sposoby, ale ty musisz bardziej uważać. Już zaczynają o tobie rozmawiać na wyższych szczeblach. Na razie w prywatnych pogaduszkach, ale od tego krok do oficjalnych rozmów i działań. Nie wiem, czy już nie przesadziłaś. Dlaczego nie przyszłaś do mnie?

Podrapała się za uchem.

– Nie należymy do twojego batalionu. – W poważny ton wkradła się nutka rozbawienia.

– I co z tego? I tak zawsze możecie na mnie liczyć. Lepsze to niż zadzierać z Villardem. Powinnaś przestać. Dla dobra tej drużyny.

Przygryzła wargę i przez moment milczała.

– Cora? – ponaglił.

– Dobra. Masz moje słowo.

Odwrócili się w stronę ognia – ich rozmowa pozostała niezauważona przez większość obecnych, jedynie wyraz ulgi malujący się na twarzy Bernarda sugerował, że żołnierz poświęcił im nieco za dużo uwagi.

– Umieram z głodu – powiedziała głośniej Cora. – Felix, co na kolację?

– A właśnie!

Wywołany młodzieniec poderwał się i zniknął w mroku, by po chwili wrócić z nabitymi na patyki gryzoniami.

– Wiewióry z Posępnego Boru – oznajmił dumnie.

Savianne nachyliła się i przyjrzała dokładniej.

– Wyglądają jak szczury. – Zmarszczyła czoło.

– Bo nie mają sierści – zaoponował. – To wiewióry, ręczę za to głową.

– Sam upolowałeś? – zapytał przytomnie Bernard.

– No jak, skoro do Posępnego Boru jeszcze nie dojechaliśmy? Ale kupione z dobrego źródła, gwarantuję.

Brodacz sięgnął po jeden z patyków, nachylił go nad ogniskiem i przy świetle ognia obejrzał dokładnie pysk zwierzęcia. Przez kilka sekund kiwał w zadumie głową, następnie posłał Corze wymowne spojrzenie.

Rozejrzała się po twarzach podkomendnych. Większość z nich dołączyła do drużyny w ostatnich pięciu latach, zastępując poległych, zwolnionych ze służby i tych nielicznych, którym Wielka Armia Vretanii dała możliwość awansu. Ze starej gwardii została jedynie ona, Dorian i brodacz. Z pozostałych może Victor – przydzielony im z oddziału rezerwy w poprzednim roku – mógł pamiętać legendarnego handlarza, znanego jako…

– Rusałek – powiedziała kapralka.

Jej głos zlał się z niskimi głosami Bernarda i ciemnookiego majora. Zaśmiali się równie zgodnie, skupiając zaciekawione spojrzenia młodzików.

– Już się o starego drania zaczęłam martwić – dodała.

– Vrente, ty głupku, to szczury. Wyrzuć je i leć po jakiś prowiant – rozkazał Bernard. – No już! – popędził. – Czemu tak stoisz?

Rozdział 3

– Jesteś pewna, że to Rusałek? – zapytał po raz szósty Dorian Fresena.

Cora już nawet nie odpowiedziała. Skinęła jedynie głową i skręciła w prawo, aby ominąć szarobury namiot, ostatni po tej stronie obozu. Przystanęła i poczekała, aż towarzysz się z nią zrówna.

– No cudnie – wymamrotał na widok niechlujnej, wijącej się na wszystkie strony kolejki. Przesunął po niej wzrokiem, podliczając widoczne w tłumie głowy. – Co najmniej osiem tuzinów – oznajmił ponuro.

Lokalni i przyjezdni handlarze zawsze wiedzieli, kiedy się zakręcić wokół obozowiska. Wypełnione dobrami kantory na kółkach pojawiały się na horyzoncie akurat w dniu wypłaty żołdu i nie miały żadnej trudności w pokonaniu nie jednego, nie dwóch, ale trzech punktów kontrolnych. Cora dopatrywała się w tym układu kupców z jakimś oficerem. Musiał to być intratny interes. Żołnierze zwykli zostawiać na zaimprowizowanym targowisku dużą część pensji, a nie brakowało i takich, co pozbywali się ostatniego miedziaka.

Savianne westchnęła ciężko i stanęła za młodzikiem w brązowym mundurze, ozdobionym na ramieniu naszywką z wizerunkiem walczących kozłów, symbolem jednego z oddziałów ze wschodniej części Vretanii. Koszulę nosił nieregulaminowo rozchełstaną. Zapewne próbował przyciągnąć uwagę do gęstego włosia na chuderlawej piersi, szczególnie że pod nosem i na brodzie próżno było szukać choćby włoska, a wokół oczu – zmarszczki. Twarz miał biedaczyna zupełnie niemęską. Do tego kapralka – mimo iż raczej przeciętnego wzrostu – przewyższała go przynajmniej o głowę. Zignorowała głupawy uśmieszek, który najwyraźniej wywołała jej obecność, ale to go nie zraziło. Już przysuwał się bliżej i otwierał usta. Dorian też to zauważył i wysunął się przed Savianne, zanim tamten wypowiedział choćby słowo.

– Cofnij się, szeregowy! – warknął.

Rozkaz podziałał. Natręta nagle bardzo zainteresowały włosy na czaszce stojącego przed nim, łysiejącego tu i ówdzie żołnierza.

– No dobra, załóżmy, że to naprawdę Rusałek – podjął rozmowę Fresena. – Co planujesz?

– Och, chciałam się przywitać i zwrócić kilka drobiazgów.

Handlarz, choć potworny oszust, był dobry w swoim fachu. Świadczył o tym rozmiar worka obciążającego jej ramię. Podała go Dorianowi i rozmasowała obolałe biodro, o które kilkakrotnie sakwa obiła się w drodze.

– He, he – zarechotał jej towarzysz. – Chętnie to zobaczę.

Rusałek zyskał niejaką sławę wśród weteranów vretańskiego wojska, bynajmniej nie z powodu uległości wobec niezadowolonych klientów.

Kolejka przesunęła się leniwie do przodu, lecz rozproszyła jeszcze bardziej, kiedy między oczekującymi zaczęli się przedzierać obładowani pakunkami żołnierze. Jednego z nich Savianne poczęstowała soczystym przekleństwem, gdy zahaczył podłużną skrzynką o jej ramię i pociągnął do tyłu. Jedynie refleks Doriana uchronił ją od upadku na wydeptaną trawę.

– Już zapomniałam, jaka to przednia zabawa – sarknęła.

Fresena się nachylił, podwinął rękaw jej mundurowej koszuli i zmarszczył brew na widok podchodzącego krwią zadrapania tuż nad łokciem.

– Dosyć tego – wymamrotał i nim zdążyła go powstrzymać, huknął na stojących najbliżej żołnierzy. – Kmioty! Z drogi! Przepuścić panią kapralkę.

Wezwanie spotkało się z niechętnymi spojrzeniami.

– Wszyscy tu czekamy – zaprotestował chudzielec.

– No właśnie! Nie inaczej! – potwierdzili chórem pozostali.

Dorian zignorował te reakcje i wyrwał się do przodu – z tym już nikt nie zamierzał dyskutować. Cora się zaczerwieniła, spuściła głowę, ale chwyciwszy mocniej za worek, ruszyła za nim.

– Na boki, ludzie! – wrzasnął na kolejną grupę.

Dotarli mniej więcej do połowy kolejki, kiedy pokrzykiwania zaczął zagłuszać hałas dobiegający od strony targowiska. Dorian zamilkł więc i tylko zawzięcie napierał na słabe punkty tłumu, torując dalszą drogę. Savianne chwyciła go za rękę i brnęła do przodu, unikając wściekłych spojrzeń mijanych. Czyjś łokieć wbił się w jej brzuch w wyrazie niemego oporu, na tyle mocno, że uderzenie aż wydusiło z niej powietrze. Mimo to pokręciła głową, kiedy kompan odwrócił się ku niej z pytającym spojrzeniem.

– To nic – stęknęła i popchnęła go, zmuszając do pójścia dalej. Jeszcze tego brakowało, żeby wdali się w bójkę.

Z westchnieniem ulgi powitała widok płotu ustawionego wokół wozów i stoisk handlowych – te ostatnie były niemal niewidoczne, otoczone szczelnie przez tłumy potencjalnej klienteli.

– Trzeba poczekać – powitał ich strażnik, który stał tuż przy pełniącej funkcję wejścia luce w ogrodzeniu.

Wbiła paznokcie w nadgarstek Doriana.

– Poczekamy – zdecydowała. Zacisnęła zęby z bólu, gdy najpewniej metalowy nosek czyjegoś buta wylądował na jej kostce.

Kiedy w końcu znaleźli się po drugiej stronie płotu, odciągnęła Fresena na bok i z wściekłym impetem przyparła do paki jednego z wozów.

– Co to miało być? – zapytała. I zanim zdążył otworzyć usta w odpowiedzi, rzuciła mu w twarz kolejne pytania: – Oszalałeś? Słoneczko za mocno łepetynę nagrzało? Gęba się stęskniła za łomotem? Ach, nawet się nie odzywaj.

– Cora, kochanie…

– Pani kapralko – warknęła, rozglądając się w popłochu. – Mówiłam, żebyś ucichł.

Wielka Armia Vretanii nie wspierała długotrwałych romansów w swoich szeregach – wręcz przeciwnie. Zwykle zakochanych rozdzielano i posyłano ich do różnych drużyn, a nawet batalionów. Udało im się uniknąć takiego losu przez blisko pół dekady. Ależ byłaby draka, gdyby ich związek wyszedł na jaw teraz, kiedy nie była już zwykłą szeregową, tylko dowódczynią drużyny.

– Możesz to ponieść – rzuciła mu worek.

Podążył za nią z ponurym wyrazem twarzy. Maszerowała szybkim krokiem, ledwo zwracając uwagę na towary, które handlarze rozłożyli na stoiskach, rozwiesili na ściankach wozów czy nachalnie wciskali niemalże w ramiona przechodzących. Odpędziła jednego z najbardziej upartych kupców, po czym rozejrzała się po tłumie za jakąś przyjazną twarzą – jedna z dziewek wydawała się znajoma, choć za nic nie mogła przywołać w pamięci jej imienia. Mimo to kapralka pomachała.

– Ej, młoda, nie widziałaś czasem Rusałka?

Dziewczyna spojrzała na nią obojętnie, ale odpowiedziała:

– Ma kram za tamtym wozem. – Wskazała na wysoki pojazd ozdobiony malowidłem przedstawiającym scenę, dwie maski i unoszącą się nad tym wszystkim kurtynę.

– Dzięki.

Ruszyli w tamtym kierunku. Ominęli wóz i faktycznie w odległości kilkunastu kroków wypatrzyli Rusałka. Rozpoznali go bez trudu po długich, szarych kosmykach, które w połowie zakrywały kościstą twarz. Właśnie szeptał do ucha pucułowatemu chłystkowi, podnosząc z blatu coraz to nowe okazy. Cora aż się wzdrygnęła, gdy zobaczyła, jak zielonkawa dłoń handlarza szczypie pulchny policzek chłopaka.

– Powinniśmy ostrzec gówniarza? – zapytał Fresena.

Pokręciła głową.

– Nie nasz interes – odpowiedziała.

– Ale Rusałek go magluje – stwierdził tonem, w którym pobrzmiewały zarówno oburzenie, jak i nuta podziwu. – Biedak chyba z pół kramu wykupi.

Klient w końcu odszedł, wcześniej wypełniwszy sakwę rusałkowymi dobrami. Nie zniknął jeszcze za zakrętem, a już handlarz zaczął wypatrywać kolejnej ofiary. Cora nie zamierzała dłużej czekać.

– Ej, Rusałek! – zawołała, ruszając w jego stronę, niemal ciałem zasłaniając przechodzącą obok, nieświadomą niebezpieczeństwa młódkę.

Przez moment wyglądał na przestraszonego. Szybko to jednak ukrył za maską szerokiego uśmiechu. Dla kapralki widok ten nie był szczególnie miły, wręcz przeciwnie – wyeksponowane w ten sposób stożkowate, jakby sztucznie zaostrzone zęby nadały i tak nie za ładnej facjacie upiornego rysu. Z niepokojem spojrzała na napiętą skórę na policzkach mężczyzny, niemalże w myślach odliczając sekundy do chwili, gdy widoczne pod nią kości przebiją cienką powłokę.

Nic takiego nie nastąpiło. Rusałek zatarł dłonie i żwawo ruszył w jej kierunku.

– No proszę, proszę! Cora Savianne! – zawołał. Jego wzrok natychmiast przeskoczył na emblemat na jej naramienniku. – Oho, widzę, że po awansie.

Zaraza. Ten głos! Już zapomniała, jakie wrażenie potrafił wywołać głęboki, nieco mrukliwy bas i jak łatwo mu było uwierzyć. Tak kusił, by przymknąć oko na podejrzaną gębę kupca i jego jeszcze gorszą reputację.

– Czym mogę służyć, pani kapralko? – zapytał usłużnie.

Nie odpowiedziała, spojrzała tylko znacząco na Doriana, po czym wskazała głową na sklepik. Handlarz błyskawicznie wyczuł, co się kroi. Rzucił się do stoiska i zaczął pośpiesznie zgarniać wystawione towary. Udało mu się ocalić prawie wszystkie. Nim Fresena dotarł do kramu, na blacie zostało zaledwie kilka figurek, które po sekundzie z płaczliwym brzękiem wylądowały na pobliskich kamieniach. Podobne dźwięki wydały rupiecie, które żołnierz wysypał z worka na blat. Kilka z nich przeleciało przez krawędź i roztrzaskało się przy akompaniamencie lamentów wyrażających oburzenie.

– Co to ma znaczyć? – Rusałek złapał się za głowę. Dłonie miał masywne i gdy targał włosy, wydawało się, że wyrwie je razem z łepetyną. – Co tu się dzieje?

Savianne przywołała na twarz srogą minę.

– Do zwrotu jest dwieście koron za towar i… Hmm… co myślisz, Dorianie? – Odwróciła się do kompana. – Pięćdziesiąt za fatygę?

– Co najmniej sto.

– Och, pójdźmy na kompromis. Sto pięćdziesiąt.

– To wymuszenie! – poskarżył się handlarz. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu wybawienia, ale stojący nieopodal gapie nie rwali się do pomocy.

– Nie powinieneś łamać umowy – warknęła. – Coś chyba obiecałeś Olivierowi, jeśli idzie o nagabywanie żołnierzy z naszej drużyny. To, że cię przez chwilę nie było, nic tu nie zmienia.

– Swoją drogą – wtrącił Dorian – gdzie przepadłeś na pół dekady? Już myślałem, że cię jaka zmora dorwała.

Odpowiedziało mu ponure spojrzenie. Kupiec sięgnął pod koszulę do sakiewki i wygrzebał z niej posrebrzane monety. Oddał je Corze z jękiem pełnym najszczerszej boleści.

– Dziękuję – mruknęła po przeliczeniu pieniędzy. – Miło było, ale pora na nas.

Już się odwracała, kiedy ciężka dłoń opadła na jej nadgarstek.

– A może zainteresowałaby kapralkę lampa mitirowo-solna?

Gdyby nie te słowa, zapewne by się odwinęła i dała Rusałkowi po mordzie, a tak tylko wyszarpnęła rękę z uścisku i wymieniła zaskoczone spojrzenia z Dorianem. Pamiętała z dzieciństwa powszechność urządzeń napędzanych energią z mchu zwanego mitirem, jednak w ciągu ostatnich dwóch dekad większość z nich zmieniła się w niepotrzebne nikomu śmieci. Ciągle działały nieliczne, te w najważniejszych państwowych gmachach lub domostwach bogaczy, których stać było jeszcze na drogie zapasy rośliny, ale większość jej produkcji skupiała się teraz na potrzebach wojennych. Nawet w ich drużynie byli tacy, co trzymali w dłoni niejedną bombę mitirową, lecz o lampach słyszeli wyłącznie w bajdurzeniach starszych kompanów.

Fresena wygłosił na głos myśl, która tłukła się po głowie Cory:

– Co za bzdura. Niby skąd wziąłeś mitir?

– Czy ja ci wyglądam na naiwną? – dodała już sama kapralka.

Rusałek pokręcił energicznie głową. Powinna go wysłać w odwiedziny do nocnej zmory, ale zwyciężyła ciekawość.

– Dobra, pokaż.

Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Okrążył kram, następnie podszedł do stojącego nieopodal wozu i wsunął się pod zakrywającą tył płachtę. Wrócił po chwili, trzymając w dłoni szklane urządzenie. Przypominało klepsydrę, ale zostało owinięte cienkimi, przeźroczystymi rurkami. Postawił towar na blacie i zaprosił ich gestem bliżej.

Savianne niemal zderzyła się czołem z Dorianem, gdy pochylili się nad przedmiotem. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało: w górnej części lampy znajdowały się kryształki soli, a na złączeniu metalowa półeczka, którą można było wysunąć, jeżeli pociągnęło się za wystającą z boku rączkę. Uwolniona w ten sposób sól spadała wprost na zanurzony w wodzie mitir, a w reakcji roślina zaczynała wydzielać gaz, trafiający następnie do rurek. Tam skupiony w małej przestrzeni zaczynał się powoli spalać, oddając przy tym ciepło i światło.

Cora widziała już fałszywe lampy – zwykle próbowano wmówić naiwnym, że kępka trawy lub pospolitego mchu to prawdziwy mitir. By odkryć oszustwo, wystarczyło skoncentrować wzrok na roślinie: przy prawdziwych okazach można było wyłapać delikatne, acz rytmiczne falowanie.

– Niemożliwe – sapnęła zaskoczona Cora, podrywając głowę.

– Nie wyciągaj jeszcze sakiewki – powiedział sceptycznie Dorian. – Mech może i prawdziwy, ale konstrukcja niewarta splunięcia. To jest tak marnie wykonane, że pewnie wybuchnie przy pierwszym użyciu.

Rusałek odpowiedział na to stwierdzenie skrzywioną miną, jednak nie próbował debatować. Sięgnął za to pod pazuchę.

– Mam jeszcze jeden okaz – zapowiedział. – Przedni czasomierz.

Savianne spojrzała na kieszonkowy zegarek, który zawisnął na łańcuszku owiniętym wokół palca handlarza, i tym razem musiała przyznać mu rację. Zaiste, czasomierz był przedni, kupiła go przecież sama u najlepszego zegarmistrza miasta Nenurin, na prezent urodzinowy, wydając większą część zaoszczędzonego przez trzy lata żołdu.

– To Oliviera – wykrztusiła.

Dorian Fresena już jej nawet nie usłyszał.

– O zmora… – sapnął Rusałek, widząc, jak pięść żołnierza wyrywa się do przodu i leci prosto na upiorne, zaostrzone w stożek zęby.